Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 grudnia 2009
niedziela, 11 stycznia 2009
Relikty PRL'u
W końcu postanowiłem nawiedzić naszą piwnicę i zanieść do niej kilka rzeczy. Byliśmy już tam wcześniej i potem długo nie mieliśmy odwagi się w niej pojawiać. Ogólny bałagan, wszystko brudne od węgla (dawno, dawno temu kobieta miała jeszcze piece w tym mieszkaniu). Przypomniałem sobie też o pewnych znaleziskach, które udało nam się wygrzebać za pierwszym razem, a które nas zadziwiły. Stara szmatka, aparat i w ten oto sposób uwieczniłem relikty PRL'u. Oto bohaterowie dnia, przedmioty, które pozostawiają trwały ślad w pamięci, przedmioty często starsze od nas.

Wśród nich możemy znaleźć np. puszkę po kawie. Nie byle jakiej kawie. Kawie rozpuszczalnej produkcji krajowej. Proszę Państwa przedstawiam produkt firmy Amino, prosto z poznańskich zakładów, rocznik 82, kawa rozpuszczalna (100% ekstraktu kawy) Maracana.


Dalej możemy zobaczyć butelkę po lemoniadzie produkcji niemieckiej (kto wie czy nie NRD-owskiej) o nowocześnie brzmiącej nazwie "euro-limo". Jak widać butelka dostała drugą szansę i stała się domem dla wody destylowanej (w środku nadal jest jakiś płyn i nie zamierzam sprawdzać jaki).


Kolejnym wynalazkiem używanym przez naszych rodziców jest "old schoolowy" wybielacz o poetycznej nazwie Wybielinka. Milion zastosowań, skoncentrowany i wciąż pełny. Jak zwykle bałbym się coś takiego otworzyć. Ciekawe czy po tylu latach dałoby się nim coś jeszcze wyczyścić lub wybielić?


Spółdzielnia pracy "Kamelia" oferuje nam produkt klasy I - Lazuron 78. Ten płyn do mycia szyb przetrwał ponad 30 lat, aby zachwycić nasze oczy swoją piękną, lazurową nalepką. Podziwiajcie zatem.


Na koniec rarytas. Magazyn ilustrowany "Tydzień", rocznik 78, 12 listopad. A w nim informacja o premierze telewizyjnej serialu "Lalka", o szacunku dla pracy, o tym, że różdżkarstwo to nie czarna magia, o modnych nakryciach głowy, o zmieniającej się rodzinie i upadku tradycyjnego wychowania, o gazociągu i wiele innych. Poniżej okładka i tył.


Wśród nich możemy znaleźć np. puszkę po kawie. Nie byle jakiej kawie. Kawie rozpuszczalnej produkcji krajowej. Proszę Państwa przedstawiam produkt firmy Amino, prosto z poznańskich zakładów, rocznik 82, kawa rozpuszczalna (100% ekstraktu kawy) Maracana.
Dalej możemy zobaczyć butelkę po lemoniadzie produkcji niemieckiej (kto wie czy nie NRD-owskiej) o nowocześnie brzmiącej nazwie "euro-limo". Jak widać butelka dostała drugą szansę i stała się domem dla wody destylowanej (w środku nadal jest jakiś płyn i nie zamierzam sprawdzać jaki).
Kolejnym wynalazkiem używanym przez naszych rodziców jest "old schoolowy" wybielacz o poetycznej nazwie Wybielinka. Milion zastosowań, skoncentrowany i wciąż pełny. Jak zwykle bałbym się coś takiego otworzyć. Ciekawe czy po tylu latach dałoby się nim coś jeszcze wyczyścić lub wybielić?
Spółdzielnia pracy "Kamelia" oferuje nam produkt klasy I - Lazuron 78. Ten płyn do mycia szyb przetrwał ponad 30 lat, aby zachwycić nasze oczy swoją piękną, lazurową nalepką. Podziwiajcie zatem.
Na koniec rarytas. Magazyn ilustrowany "Tydzień", rocznik 78, 12 listopad. A w nim informacja o premierze telewizyjnej serialu "Lalka", o szacunku dla pracy, o tym, że różdżkarstwo to nie czarna magia, o modnych nakryciach głowy, o zmieniającej się rodzinie i upadku tradycyjnego wychowania, o gazociągu i wiele innych. Poniżej okładka i tył.
piątek, 12 grudnia 2008
Święty Marcin
Jaka jest historia tej imprezy? Skąd wywodzą się wszystkie tradycje z tym związane?
Wszystko zaczęło się od świętego Marcina z Tours. Został legionistą rzymskim w wieku 15 lat, był synem trybuna, ostatecznie biskupem Tours trochę wbrew swojej woli (podstępem sprowadzony do miasta przez wiernych, którzy zaciągnęli go przed ołtarz i błagali o złożenie ślubów). Z jego życia najbardziej znane są dwie historie.
Pierwsza, kiedy to jako legionista przed ważną bitwą postanowił zrezygnować ze służby (wtedy jeszcze uważano, że chrześcijanin nie powinien służyć w wojsku). Rozgniewany dowódca kazał go aresztować, jednak Marcin poprosił w zamian o pójście na bitwę w pierwszym szeregu tylko z krzyżem w dłoni. Kiedy ostatecznie okazało się, że do bitwy nie dojdzie, bo wróg poprosił o pokój, chrześcijanie uznali to za znak od Boga.
Druga historia wiąże się moim zdaniem z całą poznańską tradycją. Być może nie bezpośrednio.
W wieku 21 lat, kiedy to ze swoim garnizonem trafił do miasta Amiens przytrafiła mu się historia, która odmieniła jego życie. Na swoje drodze spotkał półnagiego żebraka i zlitował się nad nim dając mu połowę swojej opończy. Tej nocy we śnie ujrzał Chrystusa, który rzekł do aniołów: "Patrzcie, jak mnie Marcin, katechumen przyodział".
Ten właśnie święty został patronem kościoła powstałego w Poznaniu w XIII wieku. Z czasem wokół kościoła powstała osada o nazwie Święty Marcin. Kiedy osada ta przestała istnieć i stała się częścią Poznania w końcu XVIII wieku, pozostawiła po sobie tylko ulicę o nazwie Święty Marcin (nie świętego Marcina).
Około sto lat po aneksji osady narodziła się w Poznaniu tradycja pieczenia rogali świętomarcińskich. Całą ideę zainicjował ówczesny proboszcz parafii, Jan Lewicki. Zaapelował do wiernych, aby na wzór świętego zrobili coś dobrego dla biednych. Z inicjatywą wyszedł cukiernik Józef Melzer, który zaproponował wypiekanie rogali i sprzedawanie ich zamożnym, a rozdawanie biednym.
Sama tradycja istniała o wiele wcześniej, kiedy to wypiekano w Poznaniu rogale w kształcie podkowy w rocznicę śmierci świętego. Podkowa oczywiście symbolizowała tę, która zgubił sam święty. Nie wiązała się jednak z pomocą biednych a raczej z samym świętym. Ciekawostką jest, że rogale były wypiekane jeszcze w czasach pogańskich jako ofiara dla bogów w kształcie wołowych rogów (była to oczywiście alternatywa dla składania ofiary z żywych wołów).
Dziś, kiedy obchodzone są imieniny ulicy nadal możemy delektować się smakiem przepysznych rogali. Nadal idea pomocy najbardziej potrzebującym jest obecna podczas tego święta. Często przyjmuje już trochę inną postać, jednak nie forma ma tutaj znaczenie, a treść. Poznaniacy tego dnia przybywają na wadze, ich portfele szczupleją, słodycz rogali daje radość i rozleniwia. Jest to wyjątkowy czas. Czas patriotyzmu w kraju, czas tradycji w Poznaniu. Oby przetrwał nas i kolejne pokolenia.
P.S. Może trochę spóźniony tekst, ale co tam. Jak to mawiają wyspiarze: "Who cares". :)
poniedziałek, 17 listopada 2008
Okupacja oczami małej dziewczynki
Na ulicach Poznania wozy opancerzone. Miasto obwieszone flagami przedstawiającymi znienawidzone przez Polaków swastyki. Panuje tutaj względny spokój, choć spokoju w rzeczywistości nie ma.

Jest rok 1940. Nowa władza, nowe prawa. Ulicami miasta kursują nieliczne tramwaje. Gdzieś na dalekim Junikowie mała dziewczynka wyrusza z domu w codzienną podróż. Ma niecałe 9 lat. Z wałówką dla ojca dociera do tramwaju i odważnie, bez zawahania wsiada do przedziału "nur fur deutsche". Przedkłada wygodę podróżowania nad bezpieczeństwo. Jak każdego dnia nie boi się, że zostanie zdemaskowana. Gdyby jednak ktoś ją złapał ma udawać niemowę... oczywiście niemiecką.
Po długiej podróży dociera do celu.
Nie może się doczekać, kiedy skosztuje pysznej marmolady wyrabianej z buraków i marchwi. W owym czasie szczyt marzeń w kategorii "łakocie". Fabryka znajduje się na Garbarach w okolicy placu Bernardyńskiego i w tej właśnie fabryce pracuje jej ojciec. W zamian za dostarczony obiad dziewczynka dostaje pudełko marmolady. Zadowolona i pełna optymizmu idzie do pobliskiej piekarni, w której pracuje jej ciotka. Kupuje chleb dla rodziny i wyrusza w podróż powrotną.
Ta sama droga, ten sam tramwaj. Znowu niemiłosiernie długa podróż. I w końcu ulga, kiedy przekracza próg domu. Kolejny dzień minął szczęśliwie...
To jest krótka historia, trochę mało szczegółów, z czasem coraz trudniej pamiętać... to jest historia mojej babci.
A przynajmniej jednego dnia okupacji. Widzianej oczami małej dziewczynki...
Użyte w tym poście zdjęcia starego Poznania pochodzą ze zbiorów Pana Macieja Szewczyka, który jest autorem strony o Poznaniu www.poznanczyk.com

Jest rok 1940. Nowa władza, nowe prawa. Ulicami miasta kursują nieliczne tramwaje. Gdzieś na dalekim Junikowie mała dziewczynka wyrusza z domu w codzienną podróż. Ma niecałe 9 lat. Z wałówką dla ojca dociera do tramwaju i odważnie, bez zawahania wsiada do przedziału "nur fur deutsche". Przedkłada wygodę podróżowania nad bezpieczeństwo. Jak każdego dnia nie boi się, że zostanie zdemaskowana. Gdyby jednak ktoś ją złapał ma udawać niemowę... oczywiście niemiecką.
Po długiej podróży dociera do celu.
Nie może się doczekać, kiedy skosztuje pysznej marmolady wyrabianej z buraków i marchwi. W owym czasie szczyt marzeń w kategorii "łakocie". Fabryka znajduje się na Garbarach w okolicy placu Bernardyńskiego i w tej właśnie fabryce pracuje jej ojciec. W zamian za dostarczony obiad dziewczynka dostaje pudełko marmolady. Zadowolona i pełna optymizmu idzie do pobliskiej piekarni, w której pracuje jej ciotka. Kupuje chleb dla rodziny i wyrusza w podróż powrotną.Ta sama droga, ten sam tramwaj. Znowu niemiłosiernie długa podróż. I w końcu ulga, kiedy przekracza próg domu. Kolejny dzień minął szczęśliwie...
To jest krótka historia, trochę mało szczegółów, z czasem coraz trudniej pamiętać... to jest historia mojej babci.
A przynajmniej jednego dnia okupacji. Widzianej oczami małej dziewczynki...
Użyte w tym poście zdjęcia starego Poznania pochodzą ze zbiorów Pana Macieja Szewczyka, który jest autorem strony o Poznaniu www.poznanczyk.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)